Dzień na wysokich
obrotach, natłok pracy i różnego rodzaju obowiązków. Coś do
załatwienia w urzędzie, wizyta lekarska, a tu jeszcze trzeba
dziecko ze szkoły czy przedszkola w międzyczasie odebrać, zrobić
zakupy i na sam koniec posprzątać w domu.
To ma czasami
miejsce i to nie z powodu tego, że przekładamy coś na ostatnią
chwilę, ale jakiś taki zbieg zdarzeń i już.
Właśnie miałam
taki dzień. Na dodatek nie był jakoś szczególnie zaplanowany.
Tylko miałam iść ustalić termin do lekarza, a zapisy są tylko od
9 do 11.
Zaczęło się już
rano jak szykowałam dzieci do szkoły. Na sam początek zaspaliśmy.
Potem szykowałam śniadanie w pośpiechu czego skutkiem było
upuszczenie posmarowanej masłem kromki na podłogę oczywiście
smarowanym w dół. Jakby tego było mało to nie trafiłam zużytą
torebką z herbaty do kosza tylko obok, mleko mi wykipiało. A tak
chciałam się wtedy kakaa napić.
Na dodatek dzieci
miały wymagania co chcą na drugie śniadanie do szkoły – jakżeby
inaczej. Zamiast obojgu robić to samo to jednemu kanapkę z
pasztetem, a drugiemu z topionym. Efekt był taki, że pasztet i
topiony pospadały mi z noża na podłogę i zostały przeze mnie
rozdeptane i rozniesione na kapciach po połowie mieszkania.
Po odprowadzeniu
pociech do szkoły i załatwieniu terminu wizyty jak wróciłam i
zobaczyłam ten rozbój w kuchni i moje pasztetowe ślady to się
załamałam.
Czym prędzej umyłam
podłogę w mieszkaniu, wytarłam blat w kuchni i umyłam szafkę pod
zlewem obok kosza na śmieci. Najgorzej było z piecem. Mleko zaschło
i musiałam się pomęczyć by go doczyścić.
W trakcie sprzątania
musiałam zrobić przerwę bo po dzieci trzeba było iść.
Na szczęście ani
na lekcje, ani po lekcjach nie spóźniłam się.