sobota, 31 stycznia 2015

Mieszkanie w ciapli.

Dzień na wysokich obrotach, natłok pracy i różnego rodzaju obowiązków. Coś do załatwienia w urzędzie, wizyta lekarska, a tu jeszcze trzeba dziecko ze szkoły czy przedszkola w międzyczasie odebrać, zrobić zakupy i na sam koniec posprzątać w domu.
To ma czasami miejsce i to nie z powodu tego, że przekładamy coś na ostatnią chwilę, ale jakiś taki zbieg zdarzeń i już.
Właśnie miałam taki dzień. Na dodatek nie był jakoś szczególnie zaplanowany. Tylko miałam iść ustalić termin do lekarza, a zapisy są tylko od 9 do 11.
Zaczęło się już rano jak szykowałam dzieci do szkoły. Na sam początek zaspaliśmy. Potem szykowałam śniadanie w pośpiechu czego skutkiem było upuszczenie posmarowanej masłem kromki na podłogę oczywiście smarowanym w dół. Jakby tego było mało to nie trafiłam zużytą torebką z herbaty do kosza tylko obok, mleko mi wykipiało. A tak chciałam się wtedy kakaa napić.
Na dodatek dzieci miały wymagania co chcą na drugie śniadanie do szkoły – jakżeby inaczej. Zamiast obojgu robić to samo to jednemu kanapkę z pasztetem, a drugiemu z topionym. Efekt był taki, że pasztet i topiony pospadały mi z noża na podłogę i zostały przeze mnie rozdeptane i rozniesione na kapciach po połowie mieszkania.
Po odprowadzeniu pociech do szkoły i załatwieniu terminu wizyty jak wróciłam i zobaczyłam ten rozbój w kuchni i moje pasztetowe ślady to się załamałam.
Czym prędzej umyłam podłogę w mieszkaniu, wytarłam blat w kuchni i umyłam szafkę pod zlewem obok kosza na śmieci. Najgorzej było z piecem. Mleko zaschło i musiałam się pomęczyć by go doczyścić.
W trakcie sprzątania musiałam zrobić przerwę bo po dzieci trzeba było iść.
Na szczęście ani na lekcje, ani po lekcjach nie spóźniłam się.