Postanowiłam
przeprowadzić się do nowego mieszkania. Nooo, może nie jest ono nowe, w każdym
bądź razie inne. Ponieważ najbardziej lubię przesiadywać w kuchni, więc od tego
pomieszczenia zaplanowałam robić porządki. Takie gruntowne i generalne. Poprzedni
właściciel zostawił po sobie zakurzone meble i poklejone stoły. Widać, zadbał,
aby mi pracy nie brakowało. Pierwszym moim zadaniem było wytarcie kurzy z
mebli, półek, grzejników, parapetów. Tak nie cierpię ścierać kurzy, a było tego
trochę. Potem było już przyjemniejsze mycie szafek, mebli z zewnątrz. Z wodą,
to ja mogę sprzątać! Od razu zabrałam się też za umycie zewnętrznej powierzchni
lodówki/kuchenki mikrofalowej/piekarnika. Te to chyba wieki nie były myte!
Umycie i wypolerowanie armatury/zlewozmywaka też nie można było pominąć. Aż się
coś w żołądku robiło, jak się na zlew patrzyło. Jak w takim czymś można było
myć naczynia! Na zakończenie doprowadzania mebli do czystości zostawiłam sobie
umycie blatów/stołów/lad kuchennych. Bardzo były poklejone, nawet plątały się
tu i ówdzie zużyte gumy do żucia. Niektóre ciężko było odkleić od powierzchni. Na
zakończenie sprzątania zostawiłam sobie odkurzanie i mycie podłóg. Troszkę błota
było, ale, o dziwo, meble były zdecydowanie brudniejsze. Na deser zostawiłam sobie
coś, co uwielbiam, czyli mycie luster i powierzchni szklanych. Lubię patrzeć na
czyste szkło, a to bynajmniej czyste nie było. Z polerowaniem też mi trochę
zeszło. Po posprzątaniu kuchni byłam bardzo zmęczona i już nie starczyło mi sił
na dalsze porządki. Zostawiłam je na kolejne dni. Ale za to mogłam delektować
się czystą kuchnią.