Tak jak już pisałam wcześniej dziś
był ciąg dalszy sprzątania u mojej mamy.
Wcześniej za tapecie był pokój, a
dziś walczyłyśmy z kuchnią.
Czasem mi się wydaje, że ta walka
przebiegała nie fer, bo ileż można czasu i wysiłku poświęcić
na pomieszczenie, które ma zaledwie 5m2? A, no jednak sporo. To było
naprawdę nie lada logistyczne wyzwanie.
Zanim przystąpiłyśmy do sedna
sprzątania najpierw musiałyśmy opróżnić wszystkie dolne szafki
z garnków. Talerzy, a szuflady ze sztućców, pokrywek, desek do
krojenia i innych takich tam kuchennych drobiazgów. Gdy szafki były
już puste umyłyśmy je wewnątrz, a następnie odsunęłyśmy od
ściany na tyle by pozamiatać za nimi i umyć podłogę. Później
zajęłyśmy się szafkami zawieszonymi na ścianie. Również
wyciągnęłyśmy z nich rzeczy i dokładnie wytarłyśmy z nich
kurze, a potem dokładnie umyłyśmy wewnątrz i na zewnątrz.
Najgorzej było u samej góry, bo tam przylepione było wszystko co
tylko mogło być. Ale po natarciu szafek płynem i odczekaniu kilka
minut aż ten brud nim nasiąknie łatwo poszło.
Szafki miałyśmy już z głowy.
Ustawiłyśmy je na miejsce, załadowałyśmy wszystkimi rzeczami co
w mich były.
Teraz pora na resztę, która nie
wygląda najlepiej.
Najpierw odkurzyłyśmy podłogę, a
później ją umyłyśmy dwa razy, bo raz to było za mało. Na sam
koniec umyłyśmy lodówkę z zewnątrz, piec i umyłyśmy naczynia.
Po tych dwóch popołudniach spędzonych
u mamy na sprzątaniu jakoś inaczej spojrzałam na naszą
codzienność tzn. Zamiast czekać aż nas poproszą o pomoc sami
takich potrzebujących osób poszukajmy.
A może nie przyjdzie nam szukać
daleko...