środa, 19 listopada 2014

Sprzątanie lekarstwem :)

To miał być przyjemny dzień i spędzony w miłym towarzystwie, a skończył się tak jak w najgorszych koszmarach by mi się to nie przyśniło.
Z rana wyruszyłam do mojej koleżanki, z którą się znam jeszcze z czasów liceum.
Już parę razy się ugadywałyśmy na to spotkanie, ale jakoś ciągle jej coś wypadało i w ostatniej chwili je odwoływała.
Nauczona doświadczeniem jakoś nie nastawiałam się pozytywnie, czekałam kiedy je odwoła.
Jednak nic takiego się nie stało więc się zebrałam i pojechałam.
Wiedziałam, że mam w domu parę rzeczy do zrobienia jak pranie czy umycie podłogi. Jednak nie są to czynności, z którymi nie poradziłby sobie mój mąż.
Będąc jeszcze w drodze dzwonię do niej, ale cisza. Było tak aż nie dotarłam pod jej drzwi.
Jakież było moje zdziwienie kiedy pocałowałam klamkę, bo nikogo nie zastałam. Zmarznięta, przemoczona i głodna odeszłam z niczym. Nadal próbowałam się do niej dodzwonić. W końcu, po jakimś czasie łaskawie napisała mi, że zapomniała o naszym spotkaniu i pojechała z partnerem kupić wózek dla jej dziecka.
Nie muszę chyba opisywać tego co czułam i co o niej w tamtej chwili myślałam.
Wróciwszy do domu byłam tak zła, że by wyładować się zaczęłam w domu sprzątać.
Powywalałam najpierw buty z szafki i ją gruntownie posprzątałam. Odkurzyłam piach z butów i umyłam. Potem zabrałam się za łazienkę. I nim się obejrzałam lśniła jak nigdy. Wanna była czyściuteńka po moim szorowaniu. Tak samo umywalka. Umyłam lustro i je wypolerowałam. Odkurzyłam kaloryfery, umyłam i wypolerowałam armaturę. Na koniec umyłam kafelki i podłogę w łazience i wymieniłam ręczniki.
Nie wiem skąd we mnie tyle siły nagle było, ale po tak ciężkiej pracy już mi wszystko minęło, cała złość i rozczarowanie.