To miał być przyjemny dzień i
spędzony w miłym towarzystwie, a skończył się tak jak w
najgorszych koszmarach by mi się to nie przyśniło.
Z rana wyruszyłam do mojej koleżanki,
z którą się znam jeszcze z czasów liceum.
Już parę razy się ugadywałyśmy na
to spotkanie, ale jakoś ciągle jej coś wypadało i w ostatniej
chwili je odwoływała.
Nauczona doświadczeniem jakoś nie
nastawiałam się pozytywnie, czekałam kiedy je odwoła.
Jednak nic takiego się nie stało więc
się zebrałam i pojechałam.
Wiedziałam, że mam w domu parę
rzeczy do zrobienia jak pranie czy umycie podłogi. Jednak nie są to
czynności, z którymi nie poradziłby sobie mój mąż.
Będąc jeszcze w drodze dzwonię do
niej, ale cisza. Było tak aż nie dotarłam pod jej drzwi.
Jakież było moje zdziwienie kiedy
pocałowałam klamkę, bo nikogo nie zastałam. Zmarznięta,
przemoczona i głodna odeszłam z niczym. Nadal próbowałam się do
niej dodzwonić. W końcu, po jakimś czasie łaskawie napisała mi,
że zapomniała o naszym spotkaniu i pojechała z partnerem kupić
wózek dla jej dziecka.
Nie muszę chyba opisywać tego co
czułam i co o niej w tamtej chwili myślałam.
Wróciwszy do domu byłam tak zła, że
by wyładować się zaczęłam w domu sprzątać.
Powywalałam najpierw buty z szafki i ją
gruntownie posprzątałam. Odkurzyłam piach z butów i umyłam.
Potem zabrałam się za łazienkę. I nim się obejrzałam lśniła
jak nigdy. Wanna była czyściuteńka po moim szorowaniu. Tak samo
umywalka. Umyłam lustro i je wypolerowałam. Odkurzyłam kaloryfery,
umyłam i wypolerowałam armaturę. Na koniec umyłam kafelki i
podłogę w łazience i wymieniłam ręczniki.
Nie wiem skąd we mnie tyle siły nagle
było, ale po tak ciężkiej pracy już mi wszystko minęło, cała
złość i rozczarowanie.