W poprzednim poście opisywałam Wam
jak to moja teściowa wypytywała mnie o umiejętność prowadzenia
domu. Niestety moje zapewnienia chyba jej nie wystarczyły. Szykowała
dla mnie coś extra.
A może Wy też przeżyłyście taki
teścik zorganizowany przez waszą teściową?
Będąc w odwiedzinach i przyszłego
męża miałam zaszczyt zaopiekować się teściowej podłogą w
kuchni i naczyniami.
Nie widziałabym w tym nic złego,
gdyby nie fakt w jaki sposób zostałam o to "poproszona."
No, bo rozumie jak ktoś Cię o coś
prosi byś zrobiła, bo się źle czuje czy jest zmęczony, ale nie
tak że biadoli KTO MI UMYJE PODŁOGĘ, BO JEST TAKA BRUDNA. A TAK MI
SIĘ NIE CHCE MYĆ. I tak ładnych parę minut. Nie przeszkadzało
jej, że siedzę obok i słyszę te narzekania.
Po pewnym czasie sama zaoferowałam z
pomocą. Chciałam poodkurzać, ale nie było w domu tak owegoż
sprzętu. Ok, to może mopem umyje – pomyślałam. Też lipa. Nie
pozostało mi nic innego tylko zakasać rękawy i umyć tę podłogę
na klęczkach, tak jak kiedyś nasze babcie to robiły.
Owszem była miotła, na którą można
obyło owinąć ścierkę, ale się rozlatywała.
Z naczyniami też nie było takie hop
siup.
Doświadczona tą podłogą sama
zgłosiłam się na zmywak.
Garów to chyba z całego dnia było.,
że w zlewie się nie mieściły.
Na szczęście umycie tej sterty poszło
dość sprawnie.
Schody zaczęły się, gdy zaczęłam
je płukać z płynu.
A PO CO TY JE PŁUKARZ, PRZECIEŻ NIE
TRZEBA.
No cóż. Przyzna, że poddałam się i
zrobiłam tak jak chciała. Choć dla mnie to dziwne było by
wycierać gary z płynem i na takich potem jeść.
Ot cała historia.
Czasem myślę, że a podłoga na mnie czekała. A teściowa chciała sprawdzić jaki będzie efekt końcowy mojej pracy.
Na szczęście po tych zadaniach żadnej nagany i pouczeń nie
dostałam :)