Z życia w chacie w lesie. Wraz z bratem Piotrkiem, kolegami:
Adrianem i Marcinem oraz ich siostrami Sylwią i Natalią, każdy dzień był inny.
Przypominam sobie naszą samodzielną wyprawę nad jezioro tak nam się
przynajmniej zdawało. Jak co dzień wstaliśmy z rana, umyliśmy się w strumyku,
nasze mamy przygotowały śniadanie i powiedziały, że mamy wolne do kolacji z
uśmiechem dodaje nie zapomnijcie o 14: 00 obiad, jeszcze porządki: pozmywać
naczynia, pościerać stół i pozamiatać podłogę z okruchów. Nasi ojcowie zajęli
się przygotowaniem wielkiego ogniska na wieczór. Nasza czwórka, bez dziewczyn
chcieliśmy wybrać się nad jezioro, tylko Sylwia usłyszała i powiedziała, że jak
nich nie weźmiemy ze sobą to wszystko wygadają, więc poszliśmy razem. Do
plecaków spakowaliśmy drugie śniadanie wodę i w drogę. Prawie godzina zleciała
zanim dotarliśmy nad jezioro przy polanie. Zjedliśmy, poopalaliśmy się i do
wody popływać. Nagle ciemno się zrobiło burza się zerwała. Przeraziliśmy się,
ale udawaliśmy, że jest super, aby dziewczyn nie straszyć. Schowaliśmy się pod
drzewami to był straszne 5 minut naszego życia. Za chwilę rozjaśniło się,
wyszło słońce. My cali z błota i liści. Wzięliśmy się za pranie ubrań, żeby
tylko rodzice się nie dowiedzieli gdzie byliśmy. Wydawało nam się, że ktoś nas
obserwuje, ale nikogo nie było. Wysuszyliśmy ubrania na polanie i wracamy. Mamy
przestraszone czy nic się nie stało, mówimy, że wszystko ok. Tylko Pan Marcin
tak nieufnie spogląda, woła nas na bok i tłumaczy, że mamy się słuchać i nie
wolno nam samym tak daleko odchodzić, zwłaszcza nad wodę. W zamian za jego
milczenie mamy zmywać naczynia po obiedzie i kolacji przez tydzień, pomagać
przy porządkach: zamiatać podłogi, ścierać kurze z mebli i opróżniać kosz ze
śmieci. Obiecaliśmy, że nad jezioro będziemy chodzić pod opieką dorosłych.