wtorek, 4 listopada 2014
Zodwiedzinami u Cioci Bułeczki cz. 2
Pisałam ostatnio o tym, jak odwiedziłam Ciocię Bułeczkę i jak piekłyśmy rogaliki drożdżowe. Skończyłam na tym, że gdy wyrabiałyśmy ciasto zerwał się bardzo silny wiatr, najprawdopodobniej przed burzą. Wiało tak mocno, że mąka zaczęła lekko się unosić i troch ę się rozprzestrzeniać po kuchni. Mały Filipek, który to widział, tak się tym zafascynował, że gdy wyrobione ciasto sobie rosło, a my wyszłyśmy na moment, to on wziął mąkę, wysypał na deskę i zaczął ją mocno dmuchać, co by mąka "fruwała", jak on to potem określił. Gdy weszłam do kuchni byłam mocno przerażona. Na pierwszy rzut oka już było wiadomo ile nas będzie czekać roboty - wytarcie kurzy z mebli, półek, grzejników, parapetów, umycie blatów, stołów, lad kuchennych, odkurzanie podłóg, mycie podłóg. Zaraz za mną weszła Ciocia Bułeczka. Zrobiła taką minę, jakby nie mogła się zdecydować czy wybuchnąć płaczem, czy zacząć krzyczeć. Na chwilę jakby czas stanął w miejscu. Byliśmy przygotowani na najgorsze. I nagle Ciocia wybuchnęła ogromnym, niespodziewanym, głośnym śmiechem. Śmiała się i śmiała, nie mogąc przestać. Początkowo zbiło nas, a zwłaszcza Filipka, to z tropu. Lecz po chwili wszyscy zawtórowaliśmy Cioci gromkim śmiechem. W tym momencie wydarzyło się coś, co sprawiło, że śmiech zamarł nam na ustach. Niespodziewanie z wielkim hukiem trzasnął piorun i ulewny deszcz naraz lunął z nieba. Wszyscy rzuciliśmy się zamykać okna, nie wiadomo czemu nikt tego nie zrobił do tej pory. Niewiele brakowało, a do kuchni całej białej od mąki nalałaby się woda. I zrobiłby się klej. Zapraszam do dalszej części opowiadania, która już w następnym odcinku.