Dziś miałam pracowity dzień, bo
ostatnio trochę zapuściłam mieszkanie. Ciągle przakładałam
sprzątanie na następny dzień, aż z tych dni uzbierał się
tydzień, a może ciut więcej. Na szczęście daleko mi było do
bohaterek słynnego programu o sprzątaniu, który można było
oglądać w jednej ze stacji. Aż tak to nie.
Najpierw zabrałam się za ścieranie
kurzy z mebli. Jednak zanim to nastąpiło, to wpierw musiałam
wszystko pozdejmować z szafek, regału i szafy. A było tego trochę.
Najwięcej pracy miałam w pokoju dzieci. Te wszystkie pluszaki,
których z dwie półki na regale jest, potem książki, samochody,
lalki, kucyki i wiele, wiele innych pierdół. Samym zdejmowaniem tych
rzeczy można się zmęczyć, a gdzie właściwe sprzątanie.
Niektórzy to pewnie nie bawią się w
zdejmowanie tych wszystkich rzeczy tylko wezmą i wcisną rękę ze
ściereczką pod graty i wycierają. Ja się jednak pytam po co? W
ten sposób może coś spaść z półki i na przykład rozbić się,
poobijać. Nawet jeśli na półce są tylko pluszowe zabawki to czy
nie lepiej je zdjąć i potem ładnie poukładać? A może któryś
do prania, czy naprawy by się nadawał?
Jak już półki były puste to
zabrałam się za doprowadzenie ich do ładu.
Nie używam jakichś specjalistycznych
środków do czyszczenia mebli. Najczęściej – tak jak i tym razem
używam mokrej ściereczki lub preparatu w spreju. To moim zdaniem
wystarczy. Kurz znika i wszystko jest znów czyste.
Po zakończonym sprzątaniu muszę
poukładać to wszystko co się na nich mieściło, a przy okazji
robię przy tym przegląd. Może coś jest zepsute, niepotrzebne...
Niby takie niepozorne wycieranie kurzy,
a może zająć człowiekowi trochę czasu.
Następną czynnością było
odkurzanie podłóg. Przez weekend trochę się tego brudu
nazbierało. Zwłaszcza przed telewizorem, gdzie zawsze wcina się
jakąś przekąskę typu czipsy, paluszki, z których łatwo się
kruszy. Na szczęście mam świetnego popmocnika w postaci odkurzacza
i w mog wszystko było poodkurzane. I już nic nie chrzęści pod
kapciami jak się chodzi :)